Moja mała ojczyzna.
Najlepsze Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... 1.

Ciekawe? Czytaj dalej na BlogFrog.pl

czwartek, 15 lipca 2010

Każdego roku, kiedy tylko zaczynało się lato, moi dziadkowie pakowali manatki i wyjeżdżali do wód. Babcia zabierała nie tylko garderobę, ale i kosze pełne porcelany, garnków i wielu innych niezbędnych rzeczy do prowadzenia domu w miejscowości uzdrowiskowej. Dom ten oczywiście prowadziła służąca Aniela, którą również zabierano na wczasy.

Garderoba składała się oczywiście z letnich kreacji, kapeluszy i rękawiczek. W tamtych czasach dama nie zabierała spodni, koszulek czy szortów, tak jak to robie dzisiaj ja. Szyk i elegancja nawet w uzdrowisku, a właściwie zwłaszcza w uzdrowisku.

Letnie dni spędano również w Siewierzu. Najczęście przed domem, pod zamkiem lub nad rzeką. W jednym z listów do dziadka, będącego wtedy w Krakowie, babcia pisała: muszę już kończyć, bo dzieci wołają - mamo nad rzekę!

Babcia, która sama nie musiała prowadzić domu, miała czas, aby spacerować z dziećmi nad rzeką, odpoczywać na leżaku przed domem, często z gośćmi, ponieważ wszystkimi przyziemnymi sprawami zajmowała się służąca.

 

A tutaj moja babcia na wycieczce z uczniami szkoły z Siewierza.

Jakże inaczej wyglądały wakacje w czasach wojny. Inne otoczenie, inne ubranie...

 

Po wojnie babcia nie wyjeżdżała już do miejscowości uzdrowiskowych. Lato spędzała w ogródku przed domem.

Bardzo częstow towarzystwie przyjaciółki, pani Stefanii. Kiedy panowie w domu grali w szachy, panie na ławeczce w ogródku, pod jabłonką, haftowały obrus.

 

Tylko raz w okresie powojennym babcia wyjechała do Kudowy. Po operacji ( o której pisałam w jednaj z poprzednich notek) wyjechała do sanatorium.

Wszyscy, którzy uważnie oglądali zdjęcia na tym blogu, będą wiedzieli gdzie jest moja babcia :)


Moja mama w latach studenckich, wakacje i ciepłe, słoneczne dni spędała we Wrocławiu nad Odrą z przyjaciółkami.

 

Już jako mężatka spędzała wakacje na wsi u swojej szwagierki.

Sianokosy roku 1952, mama jest w ciąży. We wrześniu urodzę się ja :)

A to jest ta sama rzeka . w której mama kąpała się jako dziecko, w Siewierzu. Tylko miejscowość inna.

 

niedziela, 11 lipca 2010

Zanim jednak Ola poszła do przedszkola była takim małym bobaskiem.

Zapakowano ją po samą szyję w poduchę, taką puchową, wiązaną i ozdobioną falbankami. Aż się dziwię, że się nie ugotowałam żywcem :)

Chowałam się zdrowo, chociaż kilka minut po urodzeniu wcale się na to nie zanosiło. Przybrałam kolor fioletowy, który położnej niezbyt się spodobał i uznała, że należy mnie natychmiast ochrzcić. I tak to kolor zadecydował o tym, że zostałam chrześcijanką. Od tej pory nie lubię koloru fioletowego.

Po roku wyglądałam już całkiem , całkiem.

Pulchna blondyneczka z oczami jak młyńskie koła. Koszulkę uszyła mi zapewne mama.

A tutaj już jestem większa od lalki. Wydaje mi sie, że lalka jest lepiej ubrana niż ja. Całe szczęście, że wtedy o tym nie wiedziałam.

Myślicie, że to już ten czas, aby wybrać się do przedszkola. Nic podobnego. Dla mnie ten czas nadszedł nader późno. Do przedszkola zaciągnięto mnie dopiero wtedy, kiedy skończyłam sześć lat. Wolałam być w domu. Tutaj czułam się bezpiecznie, tu wszystkie kąty były znajome i znajomo pachniały. Wszystkich domowników znałam i oni znali mnie. A w przedszkolu? Obcy ludzie, nie moje zabawki, którymi trzeba się w dodatku dzielić z innymi obcymi dziećmi, jedzenie jakieś dziwne i rzecz najgorsza: leżakowanie po obiedzie! Nie byłam do tego przyzwyczajona, w domu nigdy nie spałam w dzień. Najgorsze jednak było dla mnie przebieranie się w piżamkę tak publicznie, przy wszystkich. Koszmar!

Jak widać na zdjęciu, brzydko w moim przedszkolu może i nie było, za to problemów i nieszczęść bez liku. Na tym zdjęciu jesteśmy przebrane za kwiatki,  nie pamiętam już co to za okazja była. Sukienki uszyte były z gazy i krochmalone. Mnie niestety dostała się najbrzydsza sukienka. Wyglądam w niej jak śmierć. Stoję druga od prawej. Sukienka nie była oczywiście czarna tylko zielona, ale i tak bardzo nietwarzowa. I jeszcze ten koszmarny ciemny kwiat na głowie :)

No, tutaj wyglądam już znacznie lepiej. Stoję trzecia od lewej. Znowu jestem niezadowolona, bo postawiono mnie w środku, gdzie było mało miejsca, a ja chciałam przecież stać z boku i z wdziękiem trzymać rąbek sukienki.

A tutaj święto 1Maja, w którym uczestnictwo było obowiązkowe nawet dla przedszkolaków. Pierwsza z prawej, w ubranku krakowskim, to właśnie ja. Mam na sobie jakieś paletko, ale przypuszczam, że było całkiem ciepło. Może tylko wiał delikatny, ale jakże zabójczy wiaterek i mama kapotę ciepłą założyć kazała. Na zdjęciu oczywiście tego nie widać, ale przez szprychy rowerków były przeciągnięte biało czerwone paski bibuły.

Tutaj już jedziemy w pochodzie. W tle budynek mojego przedszkola. Ta pani po lewej, w jasnym prochowcu to moja wychowawczyni. Niestety już nie pamiętam jak miała na imię. Pamiętam natomiast jakie buciki ma na sobie. Moja mama miała takie same. To były zamszowe trumniaczki. Dzisiaj noszę bardzo podobne, tylko nazywają się balerinki. Dużo ładniejsza nazwa, prawda? Ale w czasach socjalistycznej, ludowej ojczyzny nawet nazwy były ponure a co dopiero rzeczywistość. Wydaje mi sie teraz, że jedynym kolorowym akcentem w tamtych latach, były te bibułki między szprychami rowerków przedszkolakow.

Koszmarny rok mojego pobytu w przedszkolu skończył się. Poczułam wielką ulgę. Niestey za rogiem czaiła się już szkoła.

Aż wstyd się przyznać, ale to zdjęcie było zrobione równo pięćdziesiąt lat temu. Stoję pierwsza z lewej. Szkolna wycieczka do Ogrodzieńca.

Ale to już zupełnie inna historia.

Bardzo przepraszam wszystkich odwiedzających, ale musiałam usunąć ostatni wpis. Szykowałam nową notkę i przy wstawianiu zdjęć coś się dokładnie pokiełbasiło w notce poprzedniej. Bardzo dziwna sprawa. Niebawem uzupełnie ten brak.

18:45, litera.pl
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 lutego 2010

Jestem, żyję i niebawem tu wrócę.

22:05, litera.pl
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 listopada 2009

Byłam dzieckiem rozwiedzionym. Tak. To nie pomyłka. Ojciec wziął rozwód z całą swoją „starą” rodziną. Chociaż z bratem moim jak mi się wydaje był tylko w separacji. Ale to był przecież „cherubinek”, syn, gdzie mnie się do niego równać. Ja byłam tylko córką, a z córki jak wiadomo korzyść niewielka. Dobrze, że w naszym kraju nie zrzuca się niemowląt płci żeńskiej ze skały.

W dzieciństwie słyszałam takie plotki, jakoby ojciec bardzo chciał mieć właśnie córkę. Myślę jednak, że to były tylko plotki.

To mój tata w młodości.

W roku 2003, rozmawiałam z ojcem ostatni raz. Szliśmy spacerkiem z domu mojej kuzynki do sklepu w Bielsku Kamienicy i rozmawialiśmy. Zastanawiałam się wtedy ile lat spędziliśmy razem? Może było tego w sumie ze trzy lata.? Liczę tu lata od chwili wyjazdu ojca z domu, czyli od ukończenia przeze mnie lat ośmiu, może siedmiu. Trzy lata w ciągu czterdziestu, jakie minęły od naszego „rozwodu”.

Czy potrzebny do tego jakiś komentarz?.....

Resztę czasu poświęcił dzieciom drugiej żony. To z nimi spędzał czas, o ich potrzeby dbał, to swojej pasierbicy urządził wesele, to ją prowadził do ołtarza. Nie mnie.

Ja zaprowadziłam się sama :-)

Czasy kiedy ojciec z nami mieszkał pamiętam słabo, czas zatarł wiele zdarzeń.

Z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam noce, podczas których ojciec nosił mnie na rękach bo przyśnił mi się jakiś koszmarny sen.

Pamiętam spacery niedzielne, kończące się zwykle w domu wielkimi pretensjami ze strony mamy. Bo za długo, bo obiad czeka, bo za zimno, bo za gorąco, bo w ogóle wszystko nie tak. Bo przeciez „obcy człowiek” zabrał dzieci jak swoje i nie wiadomo co z nimi wyczyniał. Może nawet kupił im zimne lody, albo lizaki, po których wypadną im wszystkie zęby.

Jak widać radość z przebywania z ojcem była wielce utrudniona a czasami wręcz mordowana w zarodku.

No nic. Zdarzały się jednak czasami wspólne wyprawy na łono natury.

W tamtych czasach często odwiedzaliśmy znajomego znachora mieszkającego w Żarkach koło Myszkowa. Pan ten był dosyć pokaźnej postury, podobnie jak mój ojciec.

Był bardzo znanym i wziętym znachorem w tamtych czasach. Czy komuś pomógł? Nie wiem. Ale skoro ludzie do niego przychodzili?...

Choroby rozpoznawał podobno po wyglądzie moczu pacjenta. Kiedyś świadkiem takiego badania był ojciec. Pan D. długo oglądał buteleczkę ze słomkowym płynem ze wszystkich stron, po czym stawiał diagnozę i zapisywał zioła. Po wyjściu pacjenta, przypuszczam jakiejś wiejskiej babci, ojciec pyta znachora:

-tak pan przyglada się tej buteleczce. Co pan tam widzi?

Wtedy pan D. spojrzał na mojego ojca, pokiwał głową i swoim donośnym głosem powiedział:

-panie Kazimierzu, a cóż ja tam mogę takiego zobaczyć..

Bez komentarza.....

Tutaj mój ojciec ze wspomnianym wcześniej znachorem. Stoją na tle starego dębu. Nie wiem dokładnie gdzie ten dąb się znajduje, pewnie w Żarkach. Moja mama twierdzi, że to był dąb, ale może się mylić. W każdym razie drzewo olbrzymie i kilkaset lat ma. Tak myślę.

A może ktoś wie co to za miejsce i jakie to drzewo?

A to jest jedyne zdjęcie jakie posiadam, na którym jesteśmy wszyscy razem- mama, tata ( siedzą obok siebie)ja i mój braciszek. Zdjęcie zrobione również w Żarkach, może przy tym samym drzewie. Ta pani po prawej to przyjaciółka mojej mamy, Lalka, z Adasiem i Zbyszkiem.

Późniejsze wyprawy z ojcem miały miejsce w czasie "widzeń", zwykle raz lub dwa do roku. Tutaj jesteśmy u ciotki na wsi. Od lewej: dziadek po mieczu, tata, ja, mój brat i kuzyn. Rok 1968 lub 1969.

Tutaj również na wsi u ciotki, na drodze do lasu. Rok 1967. Tata na widzeniu ze swoimi "byłymi" dziećmi.

Rok 1967. Wyjeżdżamy z tatą do Sosnowca do dziadka.

Cmentarz na Piaskach w Czeladzi, grób babci. Tata z moim synem. To z lat, kiedy ojciec przyjeżdżał nieco częściej, mieliśmy nieco lepszy kontakt. Tyle tylko, że wtedy właściwie nie był mi już potrzebny...

Rok 1999, wycieczka do Olsztyna koło Częstochowy. To już były wyjazdy sponsorowane przeze mnie. Ja zabierałam tatę na wycieczki po Jurze.

To  były czasy, kiedy ja byłam ojcu bardziej potrzebna niż on mnie. Zwykle tak jest, że uczucia ojcowskie nagle ożywają wtedy, kiedy nie trzeba już płacić alimentów, a za paliwo do samochodu płaci córka.

To jedno z ostatnich zdjęć ojca.

Byłam przy nim myślami kiedy umierał w upalną sierpniową sobotę – tuż przed świętem Wniebowstąpienia Najświętszej Marii Panny.

Pojechałam na pogrzeb na drugi koniec Polski. Na miejscu poczułam się tak, jakbym była jedyną obcą osobą wśród żałobników. A byłam przecież jedyną rodzoną córką. Obcy ludzie przygotowali mojego ojca do ostatniej drogi, wybrali trumnę, zorganizowali pogrzeb i przyjęcie. Ja byłam tylko gościem. Owszem przyjętym przyjaźnie – ale tylko gościem. Ktoś inny zadecydował o tym, że trumna nie będzie otwarta. Musiałam uwierzyć na słowo, że uczestniczę w pogrzebie mojego ojca. Już go nie zobaczyłam.

Na cmentarzu stałam w gronie obcych ludzi. Nie usłyszałam ani jednego słowa współczucia, od nikogo.

Moja kuzynka bez porozumienia ze mną przygotowała mowę pogrzebową.

Pamiętam z niej tylko jedno zdanie: „ Nie liczą się więzy krwi, tylko więzy serca”. Poczułam się tak, jakby ktoś napluł mi w twarz.

Od tej pory nie utrzymuję kontaktów z siostrą cioteczną. Łączą nas przecież tylko więzy krwi.

 

 

piątek, 20 listopada 2009

Oglądam stare zdjęcia. Widzę dobrze znane twarze ludzi, którzy wypełniali świat mojego dzieciństwa. Wielu zdarzeń już nie pamiętam, wielu wypowiedzianych kiedyś słów już nie słyszę.

Są takie chwile, kiedy chciałabym powiedzieć: mamo, może odwiedzimy pana M., może wpadniemy z wizytą do państwa P.? Dawno u nich nie byłam. Ciekawe co u nich słychać? Przez moment wydaje mi się, że to jest możliwe...

Wśród wielu przyjaciół , regularnie odwiedzających moich dziadków, był pan Maksymilian . Bardzo ciekawa i malownicza postać.

Maksymilian wierzył w reinkarnację. Był przekonany, że już wiele razy żył w innych wcieleniach. Pamiętał nawet te swoje wcześniejsze byty. Potrafił bardzo zajmująco o nich opowiadać. To właśnie on był kiedyś Napoleonem. Często przyjmował postawę cesarza W jego mieszkaniu, które miało niepowtarzalny klimat i wystrój, znajdował się bardzo duży obraz w pięknych ramach. Przedstawiał portret Maksymiliana jako Napoleona.

Pan Maksymilian w roku 1958.

Maks przychodził do nas z żoną Helenką. Helena bardzo źle widziała. Wiem, że była po skomplikowanych operacjach oczu.

Kiedy Helena oglądała jakieś zdjęcia, obrazki i zachwycała się nimi, pan Maksymilian powiadał: nie widzisz Helenko jakie one piękne.

- Ależ Maksiu, widzę doskonale- odpowiadała Helenka.

- Nie widzisz Helenko – upierał się Maks.

- Widzę Maksiu, widzę....

Jeszcze dzisiaj dźwięczą mi w uszach te słowa. Zdaje mi się, że to było wczoraj...

Pan Maksymilian był zapalonym fotografem amatorem. Przychodził często z aparatem, ustawiał go na statywie i urządzał w naszym domu sesję fotograficzną. Dzieci były szczęśliwe, babcia zadowolona a dziadek mój zły. Nie lubił się fotografować. Podobnie zresztą jak moja mama.

Pani Helena i moja babcia. Rok 1959, styczeń

W mieszkaniu Maksymiliana. Na ścianie portret, o którym wspomniałam. Niestety nie jest widoczny w całości.

U nas w ogrodzie. Moi dziadkowie oraz pani Helena i pan Maksymilian. Zdjęcie jest bardzo złej jakości. Powiekszane było z maleńkiego i zrobione bardzo zwykłym aparatem, który należał do dzieci.

Żałuję, że nie poznałam lepiej pana Maksymiliana, że tak mało o nim wiem, że tak mało zapamiętałam. Wiem tylko tyle ile mogło wiedzieć małe dziecko, tylko tyle ile podejrzało i podsłuchało. Bardzo często zabierano mnie w odwiedziny do znajomych, jednak nie do wszystkich rozmów byłam dopuszczana. Prawdę powiedziawszy nie wszystko mnie wtedy interesowało. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z tego, że Maksymiliana i Heleny kiedyś może zabraknąć. Nie wiedziałam, że mogę kiedyś za nimi zatęsknić.

Nie wiedziałam też, że kiedyś będę prowadziła tego bloga, i że należy w tym celu kolekcjonować wspomnienia. Nie wyobrażałam sobie nawet tego, że kiedyś dorosnę.

A tu proszę! Nawet zaczynam się starzeć.

Kiedyś i ja pozostanę tylko na starej fotografii.

A może w jakimś innym wcieleniu spotkam jeszcze Maksymiliana?

poniedziałek, 16 listopada 2009

Kraków. Początek dwudziestego wieku. Ciotka Seweryna z synkiem. Kiedy oglądałam to zdjęcie jako mała dziewczynka, widziałam na nim starą kobietę, ubraną na czarno, smutną i zmęczoną życiem. Potem dowiedziałam się, że zdjęcie przedstawia 23 letnią dziewczynę, żonę stryja Stanisława.

Dworzec Kraków Główny, ulica Basztowa, Krowoderska.

Stała trasa mojego dzieciństwa.

Piękna stara kamienica, pierwsze piętro, drzwi na prawo.

Duży kwadratowy przedpokój, błyszczący parkiet. Na prawo kuchnia z balkonem, dalej mały pokój. Wczesnym rankiem budził mnie dźwięk dzwonków tramwajowych dobiegający z ulicy Basztowej.

Na wprost drzwi wejściowych łazienka i toaleta. Tu zawsze był niewielki problem ze skorzystaniem.... Toaleta była nieczynna, nie wiem z jakiego powodu. W każdym razie była tam za moich czasów graciarnia. Można było korzystać tylko z łazienki. Ta jednak stale była zajęta przez stryjka Stanisława. Tak go nazywałam, ale był stryjem mojej mamy oczywiście.

Na lewo były dwa piękne pokoje , do których prowadziły oszklone drzwi. Pokoje były ze sobą połączone również oszklonymi, dwuskrzydłowymi drzwiami. Drzwi te były jednak stale zamknięte. Dlaczego?

W pierwszym pokoju na lewo mieszkała ciotka Seweryna, żona stryja Stanisława. On natomiast zajmował drugi pokój. Nie odzywali się do siebie od lat. Niestety nie wiem dlaczego. Prawdopodobnie po prostu nie dobrali się i tyle.

W pokoju ciotki panował zwykle nieopisany bałagan. Za moich czasów leżała już w łóżku i nie wstawała.

Pamiętam jak kiedyś weszłam do tego pokoju. Ciotka siedziała wsparta na poduszkach i patrzyła przed siebie mętnym wzrokiem. Powtarzała głosem pełnym strachu: mam zwidy...mam zwidy...

Opiekowała się nią jej córka, Maryna. Była wtedy w pokoju, ale w ogóle nie zwracała uwagi na słowa matki. Do dzisiaj pamiętam tę chwile.

Było mi tak przykro i tak strasznie żal ciotki. Miałam wtedy może 12 lat.

Maryna zajmowała się tylko matką. Ojciec pozostawiony był sam sobie.

Pamiętam jak staruszek wychodził do sklepu, podpierając się laseczką. Noga za nogą. Poruszał się z trudnością, nie słyszał. Często się zdarzało, że jacyś obcy ludzie odprowadzali go do domu, bo zasłabł na ulicy, lub nie mógł trafić do domu.

Był zupełnie sam. A miał przecież córkę i syna. I żonę. Syn był lekarzem. Córka nauczycielką. Miał jeszcze jedna córkę, Reginę. Zginęła w Powstaniu Warszawskim.

Stryj, podobnie jak jego bracia, był nauczycielem. Uczył języka rosyjskiego.

Stanisław był najstarszym bratem mojego dziadka, starszym o 20 lat. Był jeszcze Zygmunt, Tolek, Gustaw i oczywiście mój dziadek Lucjan – najmłodszy.

Między nimi była siostra Helena. Niestety nie wiem, którym z kolei dzieckiem była. Wiem jednak, że to właśnie ona, jedyna dziewczynka, zachorowała na ospę i została oszpecona bliznami na całe życie.

Pradziadek. Ojciec dziadka Lucjana oraz Stanisława, Zygmunta, Tolka, Gustawa i Heleny. Zdjęcia prababci Aleksandry niestety nie posiadam.

Stryj Stanisław jako kierownik szkoły. Siedzi po lewej. Nad nim stoi, pracujący w tej samej szkole, młody Lucjan.

To jest Tolek czyli Antoni.

Tak wyglądał następny z braci Gustaw. Zdjęcia Zygmunta nie posiadam.

Z sześciorga rodzeństwa, tylko Lucjan i Zygmunt stworzyli szczęśliwe rodziny.

Tolek zginął tragicznie jeszcze przed wojną. Spadł nieszczęśliwie z roweru.

Gustaw jako młody człowiek hulał, grał w karty, przepuszczał majątek.

Życie zakończył w obozie w Auschwitz, w roku 1943.

Helena wyszła za mąż dosyć późno i niezbyt szczęśliwie. Żyła w biedzie, mąż nie dbał o rodzinę. Może po prostu nie umiał?

Helena zginęła w pierwszych dniach wojny w czasie bombardowania Jędrzejowa.

Stryj Stach zmarł w roku 1966. Jest pochowany na cmentarzu Rakowickim.

Ciotkę Marynę odwiedzałam jeszcze w latach siedemdziesiątych. Mieszkała sama w maleńkim mieszkanku, w blokach za pętlą Rakowicką. Jeden mały pokoik, ciasna kuchenka, w której dwie osoby z trudem się mieściły.

Mój mąż nazwał ciotkę Marynę „ciocią koperkową” ponieważ za każdym razem podawała nam zupę koperkową, której mój mąż nie cierpiał. Nie dziwię mu się. Nie była zbyt smaczna.

Wspominam to jednak z wielkim sentymentem. I to mieszkanko ciotki, i ulicę Krowoderską, ulicę Dietla, gdzie mieszkał Zygmunt i jego rodzina, cmentarz Rakowicki. Ulica Lubicz, tramwaje nr 2, 12, 11, Planty, spacery nad Wisłą, gdzie potajemnie paliłam Carmeny.

Kocham Kraków. Tamten Kraków, w którym byłam młoda. Kocham tamten świat, w którym pozostali wszyscy bliscy mi ludzie. Na zawsze. I nie ma powrotu.

Pozostał tylko na starej fotografii. Dziadkowie w Krakowie. Rok 1932. Śmierć jeszcze dla nich nie istniała...

piątek, 13 listopada 2009

Porządkując stare rodzinne albumy natknęłam się na zdjęcia przyjaciółki mojej babci, Katarzyny.

Tuśka była młodsza od babci o dziesięć lat. Przyjechała do Siewierza w latach trzydziestych. Była również nauczycielką. Mieszkała przy rynku w Siewierzu.

W Siewierzu było kilka nauczycielek, przeważnie starych panien. Moja babcia traktowała je z dystansem. Z żadną z nich nie nawiązała bliższych stosunków koleżeńskich, nie mówiąc już o przyjaźni.

Poza tym była piekielnie zazdrosna o swojego męża. Dziadek był bardzo przystojny a babcia...mimo, że zawsze świetnie ubrana, elegancka, nie grzeszyła jednak wyjątkową urodą.

Babcia jednak nigdy nie robiła dziadkowi wymówek czy nie daj Boże awantur. Załatwiała to bardzo dyskretnie i elegancko.

Po prostu wychodzili dziadkowie na spacer pod zamek. Służąca Aniela wtedy mówiła: ojej, znowu mój kochany paniczyk podpadł pani.

Dopiero na tym spacerze babcia bardzo spokojnie pytała dziadka: czy musiałeś koniecznie siedzieć koło pani M.? Nie musiałeś się przecież tak do niej uśmiechać. Ja bardzo proszę, aby to się więcej nie powtórzyło.

Ale zazdrosny był też dziadek. Babcia lubiła się bawić, chodzić na przyjęcia i bale. Ponieważ dziadek nie lubił tańczyć, babcia chodziła sama. W czasie jednego z takich balów, przybiegła służąca Aniela z płaczem: proszę pani, niech pani szybko wraca do domu! Pan będzie się strzelał! Czyści broń!

Tuśka miała dwadzieścia parę lat i była śliczna. O dziwo, o nią babcia nie była zazdrosna.

Tuśka była bardzo inteligentna, wesoła, sypała dowcipami jak z rękawa. Doskonale grała w brydża. Dziadkowie mówili, że zawsze wiedziała kto ma jakie karty.

Bardzo lubiła się bawić. Moja babcia również. Dlatego stale urządzały przyjęcia, spotkania , zabawy, pikniki. Zimowymi wieczorami haftowały obrusy, dziergały na drutach lub szydełku.

Tuśka miała wyjątkowe zdolności manualne i plastyczne. Potrafiła robić piękne rzeczy, na przykład z prasowanych słomek, z bibuły, papieru.

U nas w domu było kilka pięknych obrazków Tuśki.

Przed samą wojną Tuśka wyszła za mąż.

Po wybuchu wojny wyjechała z Siewierza do Generalnej Guberni. Tam pracowała jako nauczycielka. Kiedy dowiedziała się, że dziadkowie przebywają w Kąpielach Wielkich, napisała do nich list. Korespondowali przez całą wojnę.

W czasie wojny już, Tuska urodziła dziecko. Żyło tylko kilka tygodni.

Trzy tygodnie po śmierci dziecka , mąż Tuśki zmarł nagle. Prawdopodobnie na serce.

Od tej chwili Tuśka była sama. Nie wyszła drugi raz za mąż.

Do końca życia mieszkała w Toruniu. Sama. Zmarła kilka lat temu w wieku 91 lat.

Do ostatnich dni pisała listy do mojej mamy, przysyłała prezenty a nawet pomagała finansowo, jeżeli była taka potrzeba.

Na kilka miesięcy przed śmiercią przysłała mojej mamie kilka zdjęć, robionych w Siewierzu, na których jest babcia i mama. Napisała, że nie ma ich komu zostawić, a dla nas będą cenną pamiątką.

Oto zdjęcia przysłane przez Tuśkę. Moja babcia( po prawej), Tuśka i moja mama na spacerze w Siewierzu.


Po śmierci Tuśki otrzymaliśmy list od jej kuzynki . Napisała: z przykrością zawiadamiam Szanowną Panią, że nasza ukochana ciocia Tusia odeszła.....

środa, 04 listopada 2009

Maturzystki z roku 1948. Ostatnie wspólne zdjęcie. Moja mama wyjechała na studia medyczne do Wrocławia.

Przyglądam sie dziewczętom z tego zdjęcia. Jakież one inne niż dzisiejsze maturzystki!

Moja mama jest na górze, w środku, taka ładna i pyzata blondynka :-)

Mama wiele mi opowiadała o swoim kilkuletnim pobycie we Wrocławiu, o ciężkich powojennych latach, w nieciekawej sytuacji politycznej. Nie o wszystkim jednak mogę w tej chwili napisać.

Przytoczę tylko kilka fragmentów listów pisanych przez mamę do rodzicow. Pisane na gorąco najlepiej oddają klimat tamtych czasow.

Tu mama z przyjaciółką na wrocławskim rynku.

„Jestem wykończona, głowa mnie boli strasznie, no ale odwaliłam wszystkie egzaminy praktyczne, dzisiaj zdawałam przed południem chemię kliniczną – poszło mi bardzo dobrze, po prostu śpiewałam. Z mikrobiologii zaś dostałam 2, ale miałam pecha ,wyciągnęłam bardzo trudne pytanie .Na ustnym w piątek będą mnie strasznie mordować. W piątek po południu zdaję egzaminy teoretyczne z zagadnień, z chemii klinicznej, chemii ogólnej, mikrobiologii”

„ Dzisiaj profesor od zagadnień spisywał dane i przy podawaniu pochodzenia socjalnego powiedział, że z tą inteligencją pracującą będzie trochę kłopotu, nie wiem co chciał przez to powiedzieć.”

” Jako tako się żyje, a to dlatego, że panuje u nas piękna pogoda, która pozwala uczyć się na świeżym powietrzu, a potem to nie wiem co będzie, ale zobaczymy,. Była u mnie Oleńka, która na razie nie ma mieszkania. Obiecał nam Romek, że będzie się starał znaleźć dla nas mieszkanie bo i dla siebie szuka. Jeżeli chodzi o naukę to dotąd idzie bo idzie, nie wiem jak pójdzie dalej. Dotychczas mamy ćwiczenia tylko do obiadu i to przeważnie chemia.”

Na balkonie internatu, moja mama w środku.

„Do tego wszystkiego brakowało mi tylko funkcji starościny, która ,jeżeli nie doprowadzi mnie do szału, to zostanę świętą”

Na tym zdjęciu moja mama druga od prawej...wyrusza do walki o plan sześcioletni :-)

„Leżę w łóżku i udaję, że jestem chora, a dla solidarności leży ze mną cały pokój ,to znaczy Irka i Ziuta, ale nie martwcie się, bo wcale nie jesteśmy chore, a tylko się zbuntowałyśmy.

Otóż u nas jest taka moda, aby każdą niedzielę zająć nam na kopanie kartofli. Urządzili nam takie kopanie w jednym majątku na Dolnym Śląsku. Może samo kopanie nie przedstawiało by się tak tragicznie, ale organizacja pod psem. Kazali nam wstawać o 5:00, śniadanie w 5:30 i o ósmej wyjeżdżaliśmy. Można się było spodziewać, że gdzieś koło dziewiątej dojedziemy na miejsce, ale stało się całkiem inaczej. Bo na miejsce( 16 km za Wrocławiem) jechaliśmy 7 godzin. W tym trzy razy przejeżdżaliśmy przez Wrocław i w końcu nie wiedziałam czy to mnie się w oczach troi czy rzeczywiście jeździmy tą samą drogą. Po dojechaniu na miejsce kopaliśmy jakieś 3 godziny, a obiad dali nam o 19:00. Po tym kopaniu nie mogłyśmy się ruszać przez kilka dni.

No ale to już ostatni raz, choćby mnie mieli wsadzić do więzienia, nigdzie nie jadę”

"Biała niedziela" na wsi pod Wrocławiem. Moja mama pierwsza od lewej.

„ do tej pory byłam na mikrobiologii gdzie przeprowadzałam badania na gruźlicę. Praca mi się nawet podobała, spokojna bo byłam w pracowni sama, robiłam preparaty i oglądałam je pod mikroskopem, następnie ,od czasu do czasu szczepiłam świnkę morską. Bardzo mi się tam nudziło.”

„ Przed paroma dniami podpisałam zobowiązanie przysłane przez ministerstwo, że przez 2 lata będę pracować tam, gdzie mnie raczy przydzielić minister, i że w razie przerwania nauki muszę zwrócić koszty utrzymania za wszystkie lata.”

„Wczoraj uśmiałam się, szłam na Politechnikę, na ćwiczenia i koło Politechniki szedł oddział studentów z karabinami, wracali z ćwiczeń i zaczęli się patrzeć w moją stronę, a ten co ich prowadził, zaczął ich rugać, że gapią się jakby panienek nie widzieli, a ja wtedy przechodząc koło tego studenta, mówię: ale takiej jak ja pewnie nie widzieli. Zaczęli się wszyscy śmiać. Potem oni skręcili na dziedziniec Politechniki, a ja też tam miałam skręcić i na zakręcie dowódca krzyczy: na prawo na pannę Zosie patrz!! Ja o mało co nie usiadłam ,bo ani ich znam, ani kiedy widziałam i nie wiem skąd on mógł znać moje imię, i do tej pory nie wiem.”

„Od poniedziałku dostanę pracę w Szpitalu Ubezpieczalni Społecznej we Wrocławiu. Nie wiem jeszcze jak tam będzie, ale gmach jest olbrzymi. Koleżanki rozleciały się i każda gdzie indziej pracuje. Irka na patologii i pewnie już tam zostanie. Z naszych dziewczyn prawie wszystkie zostają we Wrocławiu, tylko ja pewnie gdzieś wyfrunę”

„Z miejscowości w której się chce pracować muszą wysłać zapotrzebowanie do Ministerstwa Zdrowia- departament kadr, a po wysłaniu tego dopiero my mamy pisać podanie też bezpośrednio do Ministerstwa z prośbą o zmianę nakazu pracy. W inny sposób nie ma mowy o przeniesieniu, a te koleżanki, które przeniosły się samowolnie lub nie zgłosiły się tam gdzie dostały nakaz w tych dniach właśnie mają mieć wytoczony proces, nie wiem jak to się zakończy.”

 

niedziela, 01 listopada 2009

Dzisiaj wybrałam się na wędrówkę z cieniami, odwiedziłam tych, których nikt inny nie odwiedza, o ktorych nie potrafię nic napisać, bo nic o nich nie wiem. Pozostały po nich tylko tablice nagrobne, macewy, krzyże. Jedyny ślad ich istnienia.

 

czwartek, 29 października 2009

Zbliża się Dzień Zmarłych. Święto większości bohaterów moich notek.

Jak w żadnym innym dniu w roku, pierwszego listopada przeszłość wraca do mojego domu i mojego serca. Bardzo intensywnie czuję jej wpływ na moje życie.

W tym dniu zapraszam wszystkich moich przodków, a Oni przychodzą. Przesuwają się cieniami przez mój pokój. Widzę ich wszystkich, chociaż większości z nich nigdy osobiście nie poznałam.

Nawiązując do poprzedniej notki, opowiem o ostatnim dniu życia mojego dziadka. Do dzisiaj czuję ucisk w sercu kiedy to wspominam.

Dziadek przeżył babcię o trzy lata. Bardzo za nią tęsknił i przez te lata nigdy nie doszedł do siebie. W tamtą niedzielę, w którą babcia odeszła, nie powiedzieliśmy nic dziadkowi. Po prostu nie wiedzieliśmy jak mu to powiedzieć. Mama przyszła ze szpitala i powiedziała tylko: już po naszej babci.

Nie mogłam zrozumieć znaczenia tych słów. To była pierwsza śmierć w najbliższej rodzinie, którą przeżyłam świadomie, już jako dorosła osoba. To stało się tak nagle, nie byłam przygotowana, jeżeli na śmierć najbliższych można się w ogóle przygotować.

Jeszcze poprzedniego dnia , przed wyjściem do sądu babcia przyszła do mnie. Szukała swojej broszki. Myślała, że ja ją zabrałam. Weszła tak cicho do pokoju, że się przestraszyłam. Zauważyłam, że wygląda źle. Była chyba bardzo zmęczona. Teraz już wiem, że wcześniej była na spotkaniu, na którym wspominano czasy wojny i jej synów. Musiała to bardzo przeżyć.

Kiedy babcia zmarła, poszłyśmy z mamą do dziadka. Mama, aby jakoś przygotować Go na złą wiadomość, powiedziała, że z babcią nie jest najlepiej, trzeba czekać, ale nadzieja jest niewielka.

Dziadek stał przy oknie i wpatrywał się się w nie, ale przypuszczam, że myślami był bardzo daleko. Kiwał tylko smutno głową. Takiego smutnego, zagubionego i bezradnego nie widziałam go nigdy przedtem. Jak to wspominam, serce mi się ściska.

W tym czasie ja ,w tajemnicy, poszłam do pokoju dziadka, do biurka, aby poszukać kartki z adresami członków rodziny i przyjaciół. Ktoś przecież musiał wysłać telegramy.

Przez te trzy lata życia, ostatnie lata ,dziadek podupadał na zdrowiu. Był słaby, przeziębiał się. Ostatnie przeziębienie zakończyło się zapaleniem płuc. Po pobycie w szpitalu nie czuł się dobrze. Po kilku dniach stan zdrowia pogorszył się znacznie, dostał wysokiej gorączki. Wezwaliśmy pogotowie. Przez kuchenne okno widziałam jak sanitariusze niosą dziadka na noszach. Zauważyłam Jego oczy wpatrzone we mnie. Duże, błyszczące od gorączki i pełne strachu. Wydawało mi się, że błaga mnie o pomoc. Jaką? Nie zapomnę tego widoku. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Nosze zniknęły w karetce. Usłyszałam wycie syreny, a serce chciało mi wyskoczyć z piersi.

Co się zdarzyło w szpitalu, dowiedziałam się od mamy, która pojechała wtedy z dziadkiem.

Zawieźli Go na izbę przyjęć i zostawili.

Jakaś pielęgniarka obejrzała dziadka i poszła sobie. Mama długo szukała lekarza, który zajął by się dziadkiem. Po jakimś czasie łaskawie pojawił się znudzony i zły lekarz, popatrzył na dziadka i powiedział głośno do mamy słowa, które z pewnością słyszał również mój dziadek: co mi pani tutaj trupa przywiozła! Przecież to już agonia!

I poszedł.

Po piętnastu minutach dziadek zmarł. Na pustej i zimnej izbie przyjęć, sam, bez opieki.

Spoczął obok babci. Teraz już na zawsze są razem.

W niedzielę odwiedzę grób dziadków, zapalę znicze i jeszcze raz przeproszę za tamtego lekarza....ktoś to musi zrobić...

Jednak ostatnich chwil życia i wypowiedzianych słów nic i nikt już nie zmieni...

Teraz Dziadkowie spacerują razem po Niebiańskich Plantach...

Są z nimi ich dwaj synowie.


Na zawsze razem...

niedziela, 18 października 2009

Każde życie składa się z chwil. I właśnie te chwile zapamiętujemy, zatrzymujemy na fotografii.

Na ich podstawie tworzymy obraz człowieka i jego życia. Ale to są tylko chwile.

Większość czasu zawartego w granicach czyjegoś życia przepada na zawsze, bez śladu.

Szukam w pamięci i dokumentach takich właśnie pozostałych jeszcze strzępków czyichś losów.

Opowieści, anegdoty, zdjęcia. Tak mało. Musi jednak wystarczyć, aby jak najdłużej zachować w pamięci ślad człowieka, który kiedyś żył, kochał, cierpiał i pozostawił po sobie puste miejsce, którego nic nie zapełni.

Ponieważ każdy człowiek jest jedyny i niepowtarzalny.

To dziadkowie w młodości. Takich znam tylko ze zdjęć.

 

Do tej pory pisałam o życiu moich dziadków w czasach, których ja nie mogę pamiętać. Znam je tylko z opowieści członków rodziny, ze zdjęć i listów.

Dzisiaj chciałabym przedstawić dziadków takich, jakich ja pamiętam. Podzielić się moimi własnymi wspomnieniami.

Takich dziadków pamiętam.

Mojego dziadka pamiętam zawsze z nieodłącznym „papirosikiem”. Dziadek palił dużo. To właśnie od niego przejęłam ten nałóg. Pierwsze papierosy paliłam przy piecu w kuchni dziadka, w jego towarzystwie, wydmuchując dymek do popielnika.

Kupowała mi je babcia. Miałam wtedy osiemnaście lat i mogłam palić legalnie.

Dziadek był nauczycielem języka polskiego. To właśnie On zaraził mnie miłością do literatury. Pod jego czujnym okiem podejmowałam pierwsze próby literackie. On nauczył mnie pisać wypracowania z języka polskiego.

Od najmłodszych lat uczył mnie również języka rosyjskiego. Mając siedem lat władałam językiem polskim i rosyjskim równie biegle. Znałam literaturę rosyjską w oryginale. A poezja w języku rosyjskim jest po prostu przepiękna.

Dlaczego właśnie rosyjski?

Dziadek mój urodził się w roku 1894. Na ziemiach zaboru rosyjskiego. Uczył się początkowo w seminarium nauczycielskim, w którym wykładano wyłącznie w języku rosyjskim. Języka polskiego nie wolno było używać na terenie szkoły. Stąd u niego doskonała znajomość tego języka.

Ulubionym zajęciem dziadka było rozwiązywanie krzyżówek , rebusów, szarad i oczywiście gra w szachy.

To właśnie On wprowadził mnie w tajniki tej szlachetnej gry.

Kilka razy w tygodniu przychodził z wizyta do dziadkow stary nauczyciel, pan Józef z żoną Stefanią. Panie siadały w pokoju na kanapie i rozmawiały lub haftowały obrus, panowie rozkładali szachownicę i grali w szachy. Oczywiście zawsze wygrywał mój dziadek. Czasami jednak pozwalał Józiowi wygrać, aby sprawić mu przyjemność. Pamiętam te szachy. Piękna drewniana, inkrustowana szachownica i kunsztownie rzeźbione szachy.

Któregoś roku zdarzyła się tragedia. Dzieci, bawiąc się figurkami, zgubiły białego konika. Jak to się stało? Nie wiem. Nie pamiętam. Pamiętam natomiast to, że dziadek mój z kawałka drewna wyrzeźbił pięknego konika szachowego do kompletu.

Wydaje mi się, że te szachy znajdują się jeszcze u mojej mamy.

Dziadek przesiadywał zawsze przy swoim biurku, tym samym, które pokazywałam na fotografii z lat przedwojennych, z domu w Siewierzu. Czytał książki, pisał, rysował. Robił również piękne ramki do obrazków, fotografii, pięknie oprawiał stare, zniszczone książki.

Największą atrakcja mojego dzieciństwa, na którą zawsze czekałam z niecierpliwością, były wędrówki z dziadkiem po parku, starych uliczkach miasta i uroczych zakątkach. Zabieraliśmy ze sobą bloki rysunkowe, ołówki i rysowaliśmy zabytki architektury, drzewa, napotkanych ludzi i wszystko co nas zaciekawiło i zachwyciło.

Przedstawiam kilka rysunków dziadka. Pierwszy to portrecik wnuczki. Czyli mój :-))

Babcia moja do końca życia, do ostatniego dnia pracowała. Była zawsze elegancko ubrana i uczesana. Zawsze pachniała perfumami. Do dzisiaj pamiętam ten zapach.

W wolnych chwilach siadała w fotelu, tym przywiezionym z Siewierza, ocalałym z wojennej pożogi i czytała książki. Bardzo lubiła książki historyczne i kryminały Agaty.

Przyzwyczajona przez lata do służących, nie była typową gospodynią domową. Przez wiele lat przychodziła do naszego domu pani, która zajmowała się sprzątaniem , myciem okien i praniem. Sąsiad zza płotu ( za jego prawnuka wyszłam wiele lat później za mąż. Istny mezalians!) przychodził kosić trawę w ogródku. Jego żona przynosiła nam mleko.

Dopóki babcia pracowała w szkole, przynosiła obiady ze szkolnej stołówki. Były, powiedzmy szczerze, takie sobie:-) Dopiero pod koniec życia zajęła się karmieniem rodziny. Gotowała bardzo dobrze. To od niej nauczyłam się gotowania i pieczenia ciast.

Innymi pracami domowymi babcia się nie zajmowała. Dziadek bardzo pilnował, żeby się nie przemęczała. Chorowała na serce. Codziennie po obiedzie babcia ucinała sobie drzemkę i nie wolno było jej przeszkadzać.

Zaraz po wojnie babcia ciężko zachorowała. Rak piersi. Operacja. Badania raz do roku. Na szczęście nie było żadnych przerzutów. Ale przez kilka lat dziadek mój żył w ciągłym strachu o babcię. Do końca życia babcia nosiła specjalny biustonosz z wkładką. Niestety nie było jeszcze takich protez jak teraz i wyraźnie było widać różnicę w wielkości piersi.

Pod koniec kwietnia 1974 roku babcia wracała z sądu, gdzie była ławnikiem, poczuła jak cierpnie jej prawa noga i ręka. Przywołała dziadka, żeby jej pomógł dojść do mieszkania. Dziadek nie wiedział co robić, zaczął masować rękę. I to był wielki błąd.

Ja dowiedziałam się o zajście w chwili ,kiedy dziadek przyszedł do naszego mieszkania ( jak już pisałam wcześniej, to były dwa połączone ze sobą domy)i poprosił abym zadzwoniła na pogotowie.

Po wejściu do mieszkania dziadków zastałam babcię siedzącą w fotelu. Nie mogła już nic mówić. Pamiętam tylko jej wzrok. Otwarte szeroko niebieskie oczy a w nich ogromny strach. Przynajmniej ja tak to odebrałam.

Kiedy przyjechał lekarz babcia była już nieprzytomna. Aby zmniejszyć ciśnienie upuszczono nieco krwi. Do dzisiaj widzę szklankę do połowy wypełnioną krwią mojej babci. W całym zamieszaniu zapomnieliśmy o niej i już po pogrzebie zauważyłam tę szklankę ze skrzepnięta już krwią.

Wrażenie było wstrząsające.

Babcia zmarła w szpitalu nie odzyskawszy przytomności. Nie wiem czy była możliwość uratowania jej życia, ale przecież nie z takich wylewów ludzie wychodzą . Powiem tu wyraźnie: babcia zmarła z powodu karygodnego zaniedbania personelu medycznego.

Po trzech dniach odbył się pogrzeb. Stałam przed kaplicą. Nie weszłam do środka. Nie chciałam widzieć babci w trumnie. Zerknęłam tylko do wnętrza kaplicy i zobaczyłam ręce babci, złożone jedna na drugiej, tak jak zwykła je trzymać. Jak trzymała je zaledwie trzy dni temu....

W dniu śmierci babci, nad ranem, o godzinie, w której odeszła ,z budzika stojącego na stoliku w moim pokoju, wypadł kluczyk, służący do nakręcania. A nie miał prawa wypaść.... Znak jakiś?

Nie wiem....

A może jednak?

Tego wieczoru , w lutym 1942 roku, kiedy zastrzelono starszego syna babci, Zbyszka, babcia obudziła się nagle i spytała dziadka: co to za głosy? Zbyszek przyjechał?

Dziadek odpowiada, że nikogo nie ma.

Jak to nie? Przecież słyszałam wyraźnie jak Zbyszek mnie woła -mamo!

O tej godzinie zginął...


wtorek, 06 października 2009

Czy wraz ze śmiercią brata mojej mamy, Władka, straciliśmy wielkiego poetę? Nie wiem i już się tego nie dowiem...

W środku moja babcia. Władek to ten chłopiec po lewej stronie z pukawką w ręku.


Był dzieckiem wyjątkowym. Różnił się bardzo od swojego rodzeństwa. Nie tylko wygladem, ale i charakterem. Tak jak Zosia i Zbyszek byli blondynami tak Władziu miała ciemne, kręcone włosy, ciemne oczy i smagłą cerę. Tak jak rodzeństwo było ciche, skromne i nieśmiałe, tak Władzia wszędzie było pełno.

Kiedy przychodzili do dziadków goście, Zbyszek stał spokojnie w kącie, mama moja chowała się pod kanapę a Władek wchodził do pokoju, stawał na baczność i mówił: dzień dobry państwu, jestem Władziu, syn.

Jako jedyny z rodzeństwa, od najwcześniejszych lat chodził do sklepu po zakupy. Oczywiście od momentu, w którym zaczął mówić, po upiciu się resztkami likieru.:-)) Pisałam o tym w poprzednich notkach.

Przed wojną była w sprzedaży tak zwana kora czekoladowa. Niestety nie wiem jak wyglądała, a tym bardziej jak smakowała. Wiem tylko, że Władziowi bardzo zasmakowała i codziennie chodził po nią do pobliskiego sklepiku kolonialnego, takiego, w którym było przysłowiowe mydło i powidło.

Wchodził do sklepu i mówił do właściciela: pan to teraz się wzbogaci!

Dlaczego Władziu? pytał sklepikarz

Bo ja codziennie będę przychodził po korę czekoladową.

W wieku 12 lat Władziu rozpoczął naukę w szkole w Krakowie. Szkoła prowadzona była przez zakon, ale nie pomnę jaki. Chyba ojców Pijarów. Szkoły nie skończył. Wybuchła wojna.

To list Władka do rodziców ze stycznia 1938 roku. Miał wtedy niespełna 13 lat.


W czasie wojny Władziu zaczął pisać wiersze i poetyckie opowiadania.

Przedstawię tu kilka zaledwie z nich.

"Zobaczyłem grajka siedzącego pod drzewem na brzegu rzeki....płakały skrzypce...zdawało mi sie, że z duszy to łkanie wychodzi..."

"O szczęsciu, o sławie szumiało samotne drzewo, szeptała rzeka.."

" I pierwsza wzniosła sie ognista łuna,To wojny krwawy zew,Już bitwy pierwsze rozegrzmiały chóry,.....w powietrzu czuć już krew..."

Pamiętajmy, że pisał je piętnastoletni chłopiec.

Potem było aresztowanie, więzienie w Opolu, Oświęcim.

Powtórzę to co napisałam w jednej z poprzednich notek, bo cóż innego mogę napisać? Jak wyrazić mój żal?

Ostatnią podróż w swoim krótkim życiu odbył do obozu zagłady. W dorosłe życie wszedł "bramą do piekła". Ostatnie co w życiu widział to dymiące kominy krematorium. Chciał być poetą, ale historia zdecydowała inaczej. Ostatnie dni życia spędził w warunkach, których nie da się opisać w żadnym wierszu. Marzenie o szczęściu, doskonałości i sławie obróciły się w proch rozsypany po świętej ziemi oświęcimskiej, tej ogromnej zbiorowej mogile.


Zapamiętajcie tego chłopca.

Nazywał się Władysław Słabiak. Był poetą.

Żył osiemnaście lat.

Taką granicę wyznaczyła kula wystrzelona pod ścianą śmierci w Auschwitz...

18:48, litera.pl
Link Komentarze (4) »
piątek, 02 października 2009

Na podstawie moich notek można wysnuć wniosek, że tak dużo wiem na temat przeszłości mojej rodziny.

Niestety wiem bardzo mało, mniej niż chciałabym wiedzieć, niż powinnam wiedzieć.

Znam losy przodków ze strony mojej mamy. Mieszkałam z dziadkami. W czasach kiedy nie było telewizji ani komputerów z dziećmi się po prostu rozmawiało.

Dziadkowie opowiadali mi historie z przeszłości a ja je zapamiętywałam. Mam doskonałą pamięć. Nie muszę nic zapisywać.

Zawsze byłam bardzo ciekawa jak wyglądało życie w czasach kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Byłam ciekawa zwłaszcza zwykłych drobiazgów, zwykłego codziennego życia. Pamiętam jak pytałam babcię o to jak wyglądał jej rodzinny dom, jakie meble stały i w którym miejscu. Jak się ubierała, czym bawiła. Co jadali na śniadanie. Wydawało by się, że to takie nieistotne szczegóły, a jednak na ich podstawie powstawał w mojej wyobraźni obraz minionych lat, obraz ludzi, którzy już odeszli. Pozostali jednak we mnie. Zabrałam wspomnienie o nich jak cenny bagaż na drogę mojego życia. Dzięki temu wiem kim jestem, skąd pochodzę.

Zdjęcie, które teraz przedstawiam pochodzi sprzed stu lat, z maja roku 1909. Przypuszczam, że jest to jedno z najstarszych zdjęć w moich zbiorach.

Zdjęcie jest zrobione przed domem moich pradziadków w dniu Pierwszej Komunii Świętej mojej babci Anny. Tej babci, o której pisałam w poprzednich notkach.

Na zdjęciu jest prababcia Rozalia, pradziadek Antoni i ich trójka dzieci- Anna, Franciszek i Józef, ten najmłodszy.

Ilekroć patrzę na to zdjęcie nie mogę uwierzyć, że uwieczniona na nim kobieta ma 45 lat, czyli kilkanaście lat mniej niż ja mam w tej chwili! Gdzież mnie do takiej poważnej, statecznej matrony!

Ciemna suknia zapięta pod szyję, skromnie upięty koczek, zero makijażu, groźna mina.

Jak to się ma do moich szpilek, wytuszowanych rzęs i rozwianego włosa? Pod tym względem czasy zmieniły się stanowczo na lepsze:-))

A tutaj matrona w całej okazałości.

Prababcia moja miała pięcioro dzieci ( przynajmniej takie mam informacje). Dwie najstarsze dziewczynki – Mania i Bronia- zmarły we wczesnym dzieciństwie. Bronia podobno była prześlicznym dzieckiem. W porównaniu z nią moja babcia była brzydulą. Syn Franio zmarł w czasie pierwszej wojny w wieku czternastu lat.

Na tym zdjęciu jest Franio ( pierwszy po lewej). Jest to jedyne zdjęcie nastoletniego Frania.

Pozostało Rozalii tylko dwoje dzieci. Anna została nauczycielką ( uczyła geografii), Józef również był nauczycielem. Ukończył wydział matematyczno - filozoficzny na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

Cofnijmy się teraz do lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. W miejsce, w którym rozpoczęła się historia mojej rodziny.

Tym miejscem był duży majątek ziemski gdzieś na ziemi kieleckiej. Właścicielem majątku był pan N. Pan N. miał córeczkę o imieniu Oleńka.

Zarządcą tego majątku był niejaki pan S. Pan S. miał córeczkę Rozalkę. Dziewczynki bardzo się zaprzyjaźniły. Rozstały się dopiero wtedy kiedy dorosły i wyszły za mąż.

Rozalka, jak już napisałam , miała córkę Annę.

Oleńka miała sześcioro dzieci. Najmłodszym synkiem był Lucjan. Ukończył seminarium nauczycielskie i rozpoczął pracę w szkole. W tej samej szkole dostała posadę nauczycielki młodziutka dwudziestoletnia Anna, córka Rozalii.

Młodzi się poznali, pokochali i postanowili się pobrać. Znając moją babcię, to raczej ona postanowiła :-))

Na zaręczyny młodych zostali zaproszeni rodzice. W czasie tej uroczystości, po wielu latach, spotkały się przyjaciółki z dzieciństwa. Radość ze spotkania była wielka. Zarówno Anna jak i Lucjan nie mieli pojęcia, że ich matki wychowały się w tym samym domu.

Tak to właśnie historia zatoczyła wielkie koło. Przeznaczenie?...

Wróćmy jednak do mojej prababci Rozalii.

Kiedy dzieci się usamodzielniły,została w swoim małym domku tylko z mężem. Zajmowała się domem , ogrodem i polem, którego spory kawałek posiadała. Znajdowało się tuż za domem.

Przez wiele lat ten kawał ziemi był w posiadaniu mojej rodziny. Jako dziecko biegałam jeszcze po polu, przesiadywałam pod wysokimi, strzelistymi topolami, które rosły na skraju pola. Dopiero w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku zabrano ziemie pod budowę osiedla mieszkaniowego.

Pradziadek Antoni zmarł nagle w roku 1929, w październiku i Rozalia została sama.

Przed wojną odwiedzała ją córka, syn i wnuki. Przyjeżdżali do babci z Siewierza dorożką.

Tu Zbyszek z babcią na ganku domu. W dali widać topole. W miejscu gdzie jest płot przed samą wojną został dobudowany duży dom, w którym ja się urodziłam i mieszkałam przez trzydzieści lat .

W gościnie u babci. Po lewej wnuczek Zbyszek, po prawej syn Józef.

W ogródku u babci. Po prawej stronie siedzi syn Józef z żoną Krysią ( Krysia jeszcze żyje, ma 93 lata)

W czasie wojny, jak już pisałam we wcześniejszych notkach, mieszkali z babcią Zbyszek i Władziu. To w jej domu zostali aresztowani przez gestapo.

Po ich aresztowaniu babcia została wysiedlona do starej dzielnicy żydowskiej, a w jej domu zamieszkali Niemcy.

Po wyzwoleniu wróciła do siebie.

W 1952 roku w nowym domu zamieszkali moi rodzice i prababcia Rozalia. W starym domu moi dziadkowie – Anna i Lucjan.

Pamiętam prababcię jako drobniutką, ubraną na czarno staruszkę, siedzącą przy stole w kuchni. Nie widzę już jej twarzy. Kiedy zmarła w wieku 92 lat, ja miałam zaledwie cztery lata. Wyczuwałam, że coś się stało, ale nie wiedziałam co. Skutecznie odizolowano nas od tego smutnego zdarzenia. Pamiętam tylko, że spaliśmy wszyscy u babci. Pamiętam, że ojciec mój przyszedł do domu zbyt późno z pracy i mama nie wpuściła go do mieszkania babci. Oczywiście za karę. Nie będę tego faktu komentować, ale moja mama zawsze miała jakieś dziwne, infantylne wyobrażenie o życiu i małżeństwie. Do dzisiaj jej to pozostało.

Biedny mój ojciec poszedł więc do naszego mieszkania, w którym w salonie na stole stała otwarta trumna. Zabrał ze sobą psa i położył się w sypialni, otwierając drzwi do salonu aby móc obserwować nieboszczkę. Wiadomo, że jeżeli czegoś nie widzimy zaczyna pracować wyobraźnia.

Przypuszczam, że ojciec nie bał się babci, która zawsze bardzo go lubiła. Często siadali wieczorami w kuchni i długo rozmawiali. Czasami babcia częstowała mojego ojca kielichem gorzałki.

To była po prostu równa babka.

niedziela, 27 września 2009

Jak już wspomniałam w poprzedniej notce, dzisiaj chciałabym opowiedzieć o wspaniałej kobiecie, której nie ma na żadnej fotografii, a która praktycznie wychowała moją mamę i jej braci, która towarzyszyła rodzinie przez wiele lat, zarówno w domu jak i w czasie wyjazdów do Rabki czy Krynicy. O skromnej, ukrytej w cieniu a jednak bardzo ważnej osobie. O służącej Anieli.

Aniela urodziła się w Ogrodzieńcu, około roku 1900, w biednej rodzinie. Wcześnie osierocona przez matkę ,musiała pójść na służbę, jak bardzo wiele dziewcząt w tamtych czasach. Służyła u bogatego gospodarza do czasu aż nie zainteresował się nią syn gospodarza. Zainteresowanie było na tyle konkretne, że dziewczyna zaszła w ciążę. Konsekwencją tego było natychmiastowe wyrzucenie jej z pracy.

Po urodzeniu dziecka dziewczyna wyruszyła z domu ciotki, która się nią zaopiekowała, w poszukiwaniu służby w pobliskich miasteczkach.

Przez kilka lat tułała się po domach, zatrudniana do najcięższych prac, źle traktowana, poniewierana.

Około roku 1928 lub 1929 moja babcia właśnie rozstała się ze swoja służącą, z której nie była zadowolona i poszukiwała nowej. Wtedy to właśnie Aniela zgłosiła się do pracy i została przez babcie przyjęta. W tym też czasie jej córeczka Wanda, rówieśnica mojej mamy, zachorowała. Przez jakiś czas była leczona w szpitalu pod opieka lekarza, przyjaciela rodziny, na koszt babci. Kiedy wyzdrowiała została przez Anielę odesłana w jej rodzinne strony pod opiekę ciotki. Aniela została u babci.

Była w wieku mojej babci, niezbyt urodziwa, ale bardzo radosna, miła, grzeczna i piekielnie zdolna i inteligentna.

Nie ukończyła żadnej szkoły, nie umiała pisać i czytać i tak prawdę powiedziawszy w tym czasie nie za bardzo umiała gotować. A tu nastała u państwa, którzy mieli troje dzieci i prowadzili dom otwarty.

Początkowo moja babcia uczyła ją gotować z książek kucharskich. Sama niewiele umiała przecież, też była młoda i nigdy sama nie prowadziła domu. Prawdę powiedziawszy to obie panie razem uczyły się gotowania i prowadzenia domu. Po kilku miesiącach Aniela stała się najlepsza kucharką w Siewierzu. Nie było potrawy, ciasta czy dowolnej przekąski, której by Aniela nie potrafiła przygotować. Wszystko jej się udawało nadzwyczajnie. Cała siewierska elita zazdrościła mojej babci tak wspaniałej kucharki. Czasami była nawet wypożyczana do przygotowania wielkich przyjęć w zaprzyjaźnionych domach.

Aniela zajmowała się całym domem. Opiekowała się trójką dzieci, gotowała, robiła pranie, porządki, przetwory na zimę, zajmowała się ogrodem. W tamtych czasach nie było to takie łatwe i proste. Wodę trzeba było nosić ze studni na podwórzu i wnosić na piętro w wiadrach. Zużytą trzeba było znosić i wylewać na dole. W mieszkaniu były piece węglowe i palenie w nich jak i przynoszenie węgla należało do służącej. Czasami w pracach cięższych pomagała jej stróżka, czyli ówczesna woźna szkolna.

Podczas prac kuchennych Aniela śpiewała piosenki. Nigdy nie narzekała na ciężką pracę, nigdy nie była zła ani obrażona.

Wieczorami, kiedy już wszystkie prace były zakończone, Aniela brała moja mamę na kolana i opowiadała jej legendy, historie z przeszłości swojej i swojej rodziny, śpiewała pieśni patriotyczne, religijne. Dzięki tym opowieściom mama moja znała losy życia Anieli. Dzięki tym opowieściom i ja poznałam cząstkę losów tej kobiety. Babcia moja nigdy ze służacymi nie rozmawiała na takie tematy. Istniała wyraźna granica między kuchnią a pokojami, granica, której nie wypadało przekraczać.

Przyznać jednak muszę, że Aniela była w domu babci traktowana bardzo dobrze. Bardzo dobrą również miała pensję, trzy razy większą niż służące w tamtych czasach. Oprócz tego miała całkowite utrzymanie, ubranie i opiekę lekarską na koszt chlebodawców.

Moja babcia lubiła rządzić. Wchodziła czasami do kuchni i mówiła co trzeba zrobić, jak trzeba. Wtedy Aniela bardzo stanowczym głosem mówiła: proszę pani, w kuchni rządzę ja! Pani rządzi w pokoju!

Kiedy do babci przychodzili goście i zajadali się smakołykami przyrządzonymi przez Anielę otwierały się drzwi, wchodziła Aniela i pytała: no i jak panie doktorze, smakowało?

Moja babcia była bardzo niezadowolona z tej samowoli służącej, ale nic nie mówiła ,bo goście rozpływali się w zachwycie dla jej kunsztu kulinarnego.

Jak już napisałam, Aniela początkowo była niepiśmienna. Dopiero moja mama i jej bracia zaczęli Anielę uczyć.

Po miesiącu służąca wołana przez panią lub dzieci, przybiegała i załamując ręce mówiła: Matko Boska! Zaczytałam się!

Tak. Nauczyła się czytać i pisać nie wiadomo kiedy. Czytała wszystkie książki z biblioteki państwa. Ale to jeszcze nic. Kiedy dzieci się uczyły i powtarzały lekcje, Aniela słuchała uważnie. Pod koniec pobytu u babci, przed samą wojną, Aniela płynnie mówiła po niemiecku i francusku!

Gdyby ta dziewczyna urodziła się w innej rodzinie, w innych czasach, na pewno osiągnęłaby w życiu bardzo wiele.

Największym świętem dla mojej mamy w tamtych czasach były Święta Bożego Narodzenia. Dlaczego? Dlatego, że tego dnia Aniela siadała przy stole z całą rodziną. Dzieci traktowały ją jak matkę, były szczęśliwe, że siedzi z nimi przy stole, poddawały jej smakołyki i pilnowały, żeby zjadła jak najwięcej.

W soboty po południu Aniela miała wychodne. Stroiła się wtedy i wychodziła na spacer pod zamek z przyjaciółkami, służącymi z okolicznych domów. Mama moja chciała aby Aniela wyglądała jak najpiękniej. Podkradała więc swojej mamie kosmetyki. A to ułamała kawałek szminki, a to odsypała trochę pudru. Wszystko dla Anieli.

Od czasu do czasu odwiedzał Anielę niejaki Józek. Ojciec jej córki. Miał swoja rodzinę, żonę, dzieci. Cały czas jednak odwiedzał Anielę. Jako bogaty gospodarz nie mógł się ożenić z taką biedną dziewczyną.

Kiedy wybuchła wojna, Aniela wróciła w swoje rodzinne strony, do córki. Po wojnie już, wyszła za mąż. Za kogo? Za Józka. Owdowiał i w końcu ożenił się z Anielcią. Niestety podobno ja zdradzał i pewnego dnia porzucił. Nie miała kobieta szczęścia.

Poznałam Anielę osobiście. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, Aniela odwiedziła nas. Była już wtedy staruszką, skromną, drobną, raczej brzydką. Moja babcia ją ugościła.

Aniela wtedy powiedziała, że doczekała czasów, kiedy to pani ją obsługuje.

Napisałam, że Anieli nie ma na żadnej rodzinnej fotografii. Od mamy jednak dowiedziałam się, że na jednym zdjęciu z Rabki prawdopodobnie jest Aniela. Stoi z tyłu w drzwiach.( pomiędzy moim dzidkiem a mamą. )

piątek, 25 września 2009

W pobliżu zamku płynie rzeka Czarna Przemsza, rzeka dzieciństwa mojej mamy. Piękne dni lata dzieci spędzały nad tą rzeką. Zimą, gdy zamarzała, stawała się lodowiskiem. Nie była to zabawa bezpieczna. Dziwię się nawet, że babcia pozwalała na nią swoim dzieciom. Zdarzyło się przecież pewnej zimy, że brat mojej mamy topił się pod lodem, który okazał się zbyt cienki na jazdę po nim na łyżwach. Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie. Został uratowany. Podarowano mu wtedy zaledwie kilka lat życia, zważywszy na jego dalsze losy w czasie wojny, która już wtedy zbliżała się wielkimi krokami.

Po tej rzece przed wojną dziadkowie i ich goście pływali kajakiem. Nie były to może wyprawy na miarę wypraw Wańkowicza tropami Smętka, ale z pewnością bardzo przyjemne. Ciekawe czy dzisiaj ktoś po tej rzece pływa kajakiem?

Rzeka, o której piszę była także rzeką mojego dzieciństwa. W innej miejscowości, kilkanaście kilometrów dalej, ale to historia na zupełnie inną notkę.

Tak jak dom, w którym mieszkali dziadkowie, zmieniony wprawdzie, ale jednak pozostał, tak mieszkania, jego klimatu, wystroju już nie ma nigdzie i nie da się go odtworzyć w żadnym innym miejscu.

Moja babcia w gabinecie. Biurko i fotel były robione na zamówienie według projektu mojego dziadka. Blat i drzwiczki były inkrustowane różnymi gatunkami i odcieniami drewna. To biurko i fotel znajdują się w tej chwili w mieszkaniu mojej mamy. Taki zachowany maleńki skrawek przeszłości.

Nad biurkiem wisi portret dziadka. Na zdjęciu widać tylko kawałek. Ten portret również jest u mojej mamy. Te przedmioty towarzyszyły mojemu dzieciństwu. Są takim ogniwem łączącym mnie z przeszłością, z przodkami.

Biblioteka, którą tu słabo widać, również stoi w pokoju u mojej mamy. Prawie wszystkie meble ze zdjęć znajdowały się u nas w domu, wśród nich się wychowałam. Dopiero teraz jednak widzę jak są cenne wspomnieniami.

Ten fotel cały czas stał w mieszkaniu dziadkow i babcia siadała w nim do końca swojego życia. Po jej smierci spał na tym fotelu piesek. Fotela nie zabrałam do nowego mieszkania, był zbyt duży i za bardzo zniszczony. Tak mi się wówczas wydawało. Dzisiaj na pewno postąpiłabym inaczej. Dałabym go do odnowienia i zabrała. Czasami popelnia się w życiu błędy, których naprawić się nie da.

Na stole po prawej stronie widać obrus, haftowany przez babcię. Pamietam go z mojego rodzinnego domu.

Jednak te wszystkie meble, obrusy przeniesione w inne miejsce i inny czas stwarzały tylko namiastkę tamtego domu. Stawały się pamiątkami pełnymi wspomnień i uczuć, pamiątkami po tym co przeminęło, co zostało brutalnie przerwane, rozdarte na kawałki tamtej jesieni 1939 roku.

W nastepnej notce muszę napisać o wspaniałej kobiecie, której nie ma na żadnej fotografii, a która praktycznie wychowała moją mamę i jej braci, która towarzyszyła rodzinie przez wiele lat, zarówno w domu jak i w czasie wyjazdów do Rabki czy Krynicy. O skromnej, ukrytej w cieniu a jednak bardzo ważnej osobie. O służącej Anieli.

wtorek, 22 września 2009

Pozostał tylko na wyblakłych niewyraźnych fotografiach. Chciałoby się napisać: i w pamięci, ale niestety ja go pamiętać nie mogę. W moich wspomnieniach pozostaną jedynie opowieści rodzinne i te stare fotografie.

Planowałam wybrać się do miasteczka, w którym urodziła się moja mama, i w którym moi dziadkowie mieszkali przez kilkanaście lat, ale niestety nie mam środka transportu. Samochód jakby się trochę skasował :-)) Na następny trzeba zarobić. A chciałam przespacerować się śladami przeszłości. Zobaczyć jak dzisiaj wyglądają miejsca uwiecznione na przedwojennych fotografiach. Z pewnością jeszcze to zrobię. Teraz muszę sobie poradzić inaczej.

Już w XII wieku Siewierz był osadą targową, a od początku XIII w. siedzibą kasztelanii. Początkowo ośrodek grodowy znajdował się na południowy zachód od dzisiejszego miasta i zlokalizowany był wokół romańskiego kościoła pw. św. Jana Chrzciciela. Prawdopodobnie po najazdach mongolskich został przeniesiony w miejsce łatwiejsze do obrony. W 1276 Siewierz uzyskał prawa miejskie. Wytyczono wówczas Rynek będący do dziś głównym centrum miasta. W XIV wieku książęta bytomscy wznieśli lub zainicjowali budowę murowanego zamku.

I to właśnie u stóp tego zamku mieszkali moi dziadkowie.

Szkoła Elementarna, w której nauczyciele otrzymali mieszkanie przed wojną wyglądała tak. Widok od strony zamku.

Dzisiaj w tym budynku mieści się liceum. Szkoła została przebudowana i niewiele przypomina tę przedwojenną.

Fotografia pochodzi ze strony www.lo.siewierz.pl i jest jakości mizernej. Przypuszczam, że ktoś niefachowo przeskanował zdjęcie.

Tak wyglada dzisiaj wejście do szkoły....

...a przed wojna wygladało tak.

A od frontu tak:

W albumie rodzinnym mam wiele zdjęć robionych na tle ruin zamku.

Tutaj grono nauczycielskie w ogródku przed szkołą. W tle ruiny zamku.


Z zamkiem wiąże się też wiele opowieści i rodzinnych anegdot.

Młodszy z dwóch braci mojej mamy w wieku trzech lat jeszcze nie mówił, co było powodem wielkiego zmartwienia babci. Pewnego dnia w czasie przyjęcia, niezauważony przez nikogo wypił trochę likieru pozostawionego w kieliszkach przez gości. Poczuł się niewyraźnie i w obawie przed karą uciekł z domu. Został odnaleziony w ruinach zamku, gdzie sobie słodko spał. Po przebudzeniu powiedział pierwsze w zyciu słowo: opiłem się!! Od tej chwili buzia mu się nie zamykała.:-))

Ciąg dalszy niebawem!

piątek, 18 września 2009

Pierwszym psem, którego ja pamiętam z najwcześniejszego dzieciństwa, był czekoladowy bokser o imieniu Boks. Oczywista oczywistość :-)) Miałam wtedy może cztery, może piec lat. Pies wydawał mi się bardzo duży i potężny. Przypuszczam, że był jednak zupełnie przecietnym bokserkiem, z obciętym ogonem. Mieszkał w eleganckiej, murowanej budzie. Pewnego dnia wszedł do tej budy i umarł. Pamiętam to jak przez mgłę. Byłam za mała, żeby cokolwiek rozumieć z życia i śmierci psa.

Przez lata mojego już świadomego dzieciństwa towarzyszyły mi dwa psy. Owczarek niemiecki Sambo i biały szpic Bajbuś. Owczarek był bardzo łagodny, ale mały szpic nie pozwolił się nikomu pogłaskać. Od razu pokazywał zęby. Jedyną osobą, która mogła go bezkarnie dotykać był mój mały braciszek.


Pewnego roku Sambo zachorował na nowotwór i trzeba go było uśpić, czyli wykonać wyrok śmierci...wyrok, który wydał weterynarz.

Muszę przyznać, że nie byłam dobra dla tego psa. Widziałam w nim ofermę a nie psa obronnego. Szkoda tylko, że nie pomyślałam kim ja byłam dla niego....mam wyrzuty sumienia.

To ja z bratem i pies Sambo....oraz stary dziecięcy wózek, którym urządzaliśmy rajdy po podwórku. Ślady widoczne są na zdjęciu :-))


Kiedy jeszcze Sambo żył, dostaliśmy w prezencie małego, czekoladowo złotego pieska. Kundelka, puchata kuleczkę. Był śliczny i kochany. Nie wiem dlaczego piszę- był. Przecież to była suczka. Karunia. A delikatna jak arystokratka! Pamietam jej pocieszne próby wchodzenia po schodach. Schodziła z nich zawsze tyłem.

To jest właśnie Karunia, młodziutka jeszcze, w pierwszym roku pobytu u nas. Pani zresztą też młodziutka, nastoletnia i bez makijazu...aż trudno uwierzyć :-)

Kiedy urodziłam córkę i przywieźliśmy ją do domu, piesek położył się pod wózkiem i nie pozwolił nikomu zbliżyć się do dziecka. Minęło trochę czasu zanim dała się przekonać, że to nie jej dziecko tylko moje.

Żyła aż do dnia, w którym przeprowadziłam się z dziećmi do nowego mieszkania. Podobno zadławiła się kością. Nie było mnie przy tym.

cdn.

niedziela, 13 września 2009

Dom jest prawdziwym domem tylko wtedy, gdy są w nim dzieci i psy. Dom tworzą nie ściany, kominki, lśniące podłogi lecz mieszkający w nim ludzie. Rodzina. Najlepiej, żeby była wielopokoleniowa. Babcie, dziadkowie, prababcie, ciotki i wujkowie, rodzice i dzieci.

Przy dzisiejszych metrażach większości mieszkań jest to fizycznie niemożliwe a i psychicznie nie do zniesienia. A gdzie tu jeszcze znaleźć miejsce dla psa?

Myśląc o domu widzę obszerne, widne pokoje, werandę obrośniętą dzikim winem, na której wieczorami zasiada cała rodzina. Widzę ogrod z warzywnikiem, rabatami kwiatowymi. Przy ścieżkach płoną nasturcje. Dalej sad owocujący jesienią najwspanialszymi jabłkami na świecie: antonówkami, malinówkami, kosztelami, gruszkami klapsami, śliwkami węgierkami i damaszkami.

Przed domem biegają dzieci w otoczeniu psów, dużych i małych, rasowych i kundelków.

O każdej porze roku i dnia można zarzucić na siebie byle co i wyjść przed dom z kubkiem kawy. Przywitać pierwsze promienie słońca, usłyszeć śpiew ptaków lub nocą popatrzeć w gwiazdy.

Mój dom, moje miejsce na ziemi.

Nie mam takiego miejsca, wszędzie jestem gościem.

Żaden pies nie ma w tej chwili mnie.

W naszej rodzinie od najdawniejszych czasów zawsze były psy, co najmniej dwa. Mały i duży.

W latach dzieciństwa mojej mamy dziadkowie mieli trzy psy. Jeden pies duzy, rasy nieokreślonej i imieniu mnie nieznanym ( lub zapomnianym). Drugim była suczka Lalka, szpic biały. Trzecim czekoladowy jamnik Figa. Muszę tu wspomnieć, że dzidkowie byli nauczycielami i mieszkali w szkole, na piętrze. Mieszkały tam jeszcze inne nauczycielki, którym ilość psów nieco przeszkadzała. Bały się po prostu takich dzikich, ogromnych i krwiożerczych bestii.:))) Pewnego dnia taka właśnie nauczycielka powiedziała mojej babci, że  sobie nie życzy żadnych psów w tym domu. Wtedy moja babcia stanęła na szczycie schodow prowadzących na piętro, i powiedziała: proszę pani, jestem u siebie i jak będę chciała to sobie tygrysa kupię!!

Moja mama, jej brat i pies Lalka. Rok 1932.

Przed budynkiem szkoły. Po prawej babcia i pies, którego imienia nie pamiętam.

Rodzice moi w początkach małżeństwa mieszkali we Wrocławiu. Było to tuż po wojnie. Przygarnęli psa,owczarka niemieckiego. Dosłownie niemieckiego, pozostawionego na ziemiach zachodnich właśnie przez jakiegoś Niemca. Pies miał na imię Lord. Był piękny, posłuszny, wierny. Nie dopuszczał w pobliże mojej mamy nikogo. A wyciągnięcie ręki w kierunku mamy, choćby w celu przywitania się, kończyło się wściekłym atakiem Lorda.

A to właśnie Lord i moja mama.

Rolę małego, pokojowego pieska w ówczesnym domu moich rodziców, pełniła mała świnka Lusia.

Była prezentem, przeznaczonym  na szynki na święta. Biedna Lusia jednak chyba coś przeczuwała, bo postanowiła nie rosnąć. Pozostała śliczna i malutka. Chodziła krok w krok za moją mamą po mieście.

Oto świnka Lusia.

cdn.

wtorek, 08 września 2009

Mój syn przebywał dwa lata w USA. W tym czasie dostałam od niego kilka maili. Gdybym nie widziała adresu poczty z jakiej list ten dotarł, nie wiedziałabym, że to od syna. Równie dobrze mogłabym sama go napisać i wydrukować. Wyglądałby tak samo.

A ja tak bardzo tęsknię za prawdziwym listem, napisanym na papierze, piórem, ręką bliskiej osoby, jej charakterem pisma. Takie listy mają duszę. Żyją przez wiele, wiele lat, bo na nich zachowała się cząstka kochanych osób, których już między nami nie ma.

W dzisiejszych czasach poczta przesyła pisma urzędowe, dokumenty, może czasem kartki z życzeniami czy ślubne zaproszenia oraz przesyłki z allegro.

Wiem, że poczta elektroniczna jest błyskawiczna, sama z niej korzystam. Tylko, że po takim liście nie pozostaje żaden ślad, poza maleńkim bezosobowym plikiem. Nie da się go schować do kuferka z rodzinnymi pamiątkami.

Przeglądałam właśnie dzisiaj stare listy. Począwszy od tych pisanych ręką mojej babci w latach jej młodości, do listów z czasów wojny aż do tych, które otrzymywałam od mojego ojca. Czytając te listy teraz, wyobrażam sobie osobę, która je pisze, widzę jak trzyma pióro, jak się zastanawia, widzę malujace się na jej twarzy uczucie. Wracam do tamtych lat, do lat, których cząsteczka pozostała na tym skrawku pozółkłego papieru listowego.Takich wzruszeń nie zapewni żadna poczta elektroniczna czy sms.

To jest moja babcia w roku 1920, przed ślubem ze swoim kochanym Lucjanem.

.

List z czasów narzeczeństwa moich dziadków. Panie Lucjanie!- tak, w tamtych czasach do narzeczonego nie mówiło się po imieniu.

W póżniejszych latach, juz jako żona, babcia pisała listy do dziadka przebywajacego w Krakowie, listy na maleńkim, zgrabnym papierze listowym.

A tak wygladała autorka listów, lata trzydzieste ubiegłego wieku.

"ponieważ odszyfrowałeś moje wykreślenie ( z poprzedniego listu), więc muszę Ci już otwarcie wszystko napisać. Otóż dałam do odnowienia krzesła i kanapę i zrobić materace do łóżek i to mi wyrwało 200 złotych. Chciałam Ci zrobić niespodziankę i dlatego przekreśliłam. (....) Nie wyobrażam sobie jak można się nudzić w Krakowie. Mój Drogi, pilnuj się, bo pokus tam nie brak."

"....będę czekać z utęsknieniem na list, a poźniej na Ciebie. Śniło mi sie, że byłam z Tobą w górach i tak bardzo mi sie te góry spodobały, że nawet po przebudzeniu ten zachwyt pozostał. Kończę całując i ściskając swojego Lucy, Anka."

A to jeden z ostatnich listów napisany przez Zbyszka do rodziców, którzy przebywali w Kąpielach Wielkich.

"U nas wszystko w porządku, zarabiamy, mamy co jeść. Ale mnie dreczy jedno pytanie: jak zyć? Co robić w wolnych chwilach. Ja muszę mieć plan czy nawet cel w życiu, a teraz nie wiem, nic nie wiem. (...) potrzebny mi jest Tatuś ponieważ mam szereg kwestii co do których mam watpliwości i chciałbym porozmawiać. (...) Babcia juz ciężko pracować nie może. Nie mamy opieki a sami dbać o niektóre rzeczy nie umiemy. Ale myślę, że jeszcze rok wojny w tych warunkach wytrzymamy."

Pół roku później  już nie żył...

Brat mojej babci zmarł już po opuszczeniu obozu, w drodze do domu. Zdążył jeszcze przesłać do swojej matki karteczkę ze zwykłego papieru pakowego z nakreslonymi pospiesznie kilkoma słowami.

A ja , jako mała dziewczynka , otrzymywałam takie listy od mojego Taty.

Listy były pełne pięknych rysunków wykonanych jego ręką.

Wśród listów w rodzinnym archiwum znajdują sie też takie jak ten: przysłany przez Władka z obozu , z bloku 11- bloku śmierci...




 
1 , 2